To było historyczne spotkanie. Doktor Maria Łastowska, doktor Wanda Terlecka i doktor Stanisław Wencelis - członkowie zespołu roboczego, który opracował pierwotną wersję Kodeksu Etyki Lekarskiej - wzięli udział 14 grudnia w uroczystościach 25-lecia uchwalenia tego przełomowego dokumentu. Miejsce – hala sportowa BBTS w Bielsku-Białej – nieprzypadkowe. To właśnie tutaj ćwierć wieku temu odbył się Nadzwyczajny II Krajowy Zjazd Lekarzy, który mimo burzliwych obrad, ostatecznie opowiedział się za przyjęciem kodeksu. Spotkanie, w którym wzięli udział również przedstawiciele Naczelnej Izby Lekarskiej oraz członkowie Komisji Etyki przy Naczelnej Radzie Lekarskiej było okazją, aby raz jeszcze wrócić do tamtych wydarzeń, przypomnieć jak na przestrzeni lat zmieniał się kodeks i jakim wyzwaniom musiał sprostać. Zastanawiano się również jak zasady etyczne spisane w tej niewielkiej książeczce pasują do współczesnych realiów medycznego świata.
O tym jak mocno kodeks etyki lekarskiej związany jest z Bielskiem mówiła już na wstępie swojego wystąpienia doktor Wanda Terlecka. - Proszę zauważyć, że nasz kodeks powinien być nazywany Polskim Kodeksem Etyki Lekarskiej z Bielska Białej. Bo to wcale nie duża – w porównaniu z innymi – izba lekarska podjęła się i zrealizowała zadanie jednak rewolucyjne. Nie było ono łatwe, dlatego to Bielsko-Biała powinno być zawsze powtarzane przy nazwie Kodeksu Etyki Lekarskiej – podkreśla.
Pierwotny projekt kodeksu stworzył pięcioosobowy zespół roboczy, w skład którego weszli: prof. Zbigniew Chłap, dr Maria Łastowska, dr Wanda Terlecka, dr Jerzy Umiastowski i dr Stanisław Wencelis. Pracy było mnóstwo, a czasu niewiele. Przez ponad rok analizowali historyczne wersje kodeksów obowiązujących w naszym kraju, przyglądali się podobnym dokumentom obowiązującym w innych krajach, konsultowali ze środowiskami prawniczymi, etycznymi, filozofami i oczywiście lekarskimi. Na etapie tworzenia projektu kodeksu do zespołu roboczego wpłynęło blisko 600 uwag i wniosków. Ostatecznie dokument przyjęto 14 grudnia 1991 roku w Bielsku-Białej podczas Nadzwyczajnego II Krajowego Zjazdu Lekarzy.
Ci, którzy uczestniczyli w tamtym wydarzeniu zgodnie potwierdzają: praca nad kodeksem i moment jego uchwalenia to był wyjątkowy czas, w którym dominował entuzjazm, energia do działania i poczucie, że robi się coś ważnego. – W tym czasie byliśmy wybrani do Naczelnej Rady Lekarskiej i do izb, które znowu odżyły po kilkudziesięciu latach. Był to okres, kiedy cała rada lekarska unosiła się pół metra nad ziemią. Taka była wtedy energia i taka wola, żeby zmienić otaczającą nas rzeczywistość. Czasy były rewolucyjne, dlatego że wkraczaliśmy z jednego systemu w drugi – wspomina dr Maria Łastowska. - Nasza piątka została wybrana jako zespół redakcyjny tego kodeksu. Zaczęły się spotkania, przemyślenia jak to zrobić. Pięć osób musiało stworzyć pewien schemat, ale oczywiście nie tylko my byliśmy współautorami. Myślę, że Kodeks Etyki Lekarskiej jeśli spojrzeć całościowo jest efektem mądrości zbiorowej polskich lekarzy. Myśmy wiedzieli, czego chcemy. Jeśli porównać to z pracami nad kodeksem dziewiętnastowiecznym, który przed wojną obowiązywał w Polsce to myśmy pracowali w tempie szalonym. Nie znaczy to jednak, że przełożyło się to negatywnie na jego jakość.
O tym jak szybko musieli działać twórcy kodeksu wspominał też doktor Stanisław Wencelis. - Po pierwszym zjeździe, kiedy zabraliśmy się do tej pracy, wydawało się, że mamy cztery lata do następnego zjazdu i możemy spokojnie pracować. Okazało się jednak, że samo powstanie samorządu zawodowego w tamtej przejściowej atmosferze po prostu zmusiło nas do przyspieszenia tej pracy. Skodyfikowanie sposobów postępowania i zachowań lekarza związanych z wykonywaniem przez niego pracy, to jest najważniejszy dokument, który stanowi o tożsamości środowiska. Dlatego nagle Naczelna Rada Lekarska zdecydowała o zwołaniu w połowie kadencji nadzwyczajnego zjazdu lekarzy. Z czterech planowanych lat został nam rok z kawałkiem. To było trudne, zwłaszcza że zdawaliśmy sobie sprawę, że kodeks nie może być tylko efektem naszych myśli i refleksji. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że aby ten kodeks miał wartość, to w jego powstawaniu muszą brać udział możliwie szerokie kręgi koleżanek i kolegów lekarzy.
Po kilku miesiącach podstawowy szkielet kodeksu był gotowy, a prace weszły w fazę konsultacji. Treść kodeksu rozesłano do wszystkich okręgowych rad lekarskich, wydrukowano również w Gazecie Lekarskiej. Do zespołu roboczego zaczęły napływać pierwsze uwagi i wnioski. Wkrótce były ich już setki. – Dostaliśmy odpowiedzi od wszystkich liczących się prawników i etyków tamtego czasu. Przeanalizowaliśmy setki wariantów i propozycji, a jednak zdążyliśmy z wydrukowaniem tego projektu kodeksu w Gazecie Lekarskiej jeszcze na miesiąc przed zjazdem – podkreśla dr Wencelis. - Tak więc co do tego, czy konsultowaliśmy ten projekt szeroko, sumienie mamy czyste.

(od lewej): Dr Wanda Terlecka, dr Stanisław Wencelis, dr Maria Łastowska przed 25 laty tworzyli pierwotną wersję Kodeksu Etyki Lekarskiej. Ciężka praca trwała prawie dwa lata. 14 grudnia na zaproszenie Beskidzkiej Izby Lekarskiej przyjechali do Bielsku-Białej.

 

O tym jak wyglądała organizacja samego Zjazdu wspominał dr Ryszard Batycki, ówczesny Prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Bielsku-Białej. Dr Jan Ciećkiewicz, któremu w tym historycznym momencie przypadła trudna funkcja przewodniczącego obrad, mówił z kolei jak sam zjazd wyglądał i jaką batalię o kodeks przyszło stoczyć lekarzom na tej bielskiej hali sportowej. Ich wspomnienia zamieszczamy na kolejnych stronach. Batalia ta trwała zresztą również po jego uchwaleniu. Niemal od razu zapisy lekarskiego kodeksu zaskarżono bowiem do Trybunału Konstytucyjnego, jako niezgodne z obowiązującym prawem.– To szaleństwo złości, które się toczyło w Polsce po uchwaleniu kodeksu objawiło się m.in. oskarżeniem nas, czyli całego świata lekarskiego i zaskarżeniem treści kodeksu lekarskiego do Trybunału Konstytucyjnego. Oczywiście ani miesiące oczekiwania, ani zasiadanie na ławie oskarżonych, czego doświadczyłam osobiście wraz z profesorem Chłapem najwyższą przyjemnością nie było – wspomina dr Terlecka. - Ale doczekaliśmy się postanowienia z 7 października 1992 roku. Chciałam przypomnieć jego fragment, który powinien być powszechnie znany: „Normy prawne powinny mieć oparcie w akceptowanym przez społeczeństwo systemie wartości. W szczególności wtedy gdy chodzi o wartości podstawowe – to pisze Trybunał Konstytucyjny. – To raczej prawo powinno mieć legitymację etyczną. Etyka nie wymaga legitymacji legalistycznej.

Trudności jakie towarzyszyły uchwaleniu kodeksu, zaskarżenie całości do Trybunału Konstytucyjnego, czy wreszcie ostre ataki mediów, które od początku były mocno nieprzychylne lekarskiej inicjatywie, trzeba przyznać, że kodeks miał wyraźne poprawcie środowiska lekarskiego. Ostatecznie za przyjęciem dokumentu opowiedziały się ponad ¾ obecnych na sali delegatów. - Muszę z wielką radością stwierdzić, że po 40 latach komuny, 76,6% lekarzy zaaprobowało nasz kodeks. To przeczy tezie, że mieliśmy do czynienia z jakąś deprawacją środowiska lekarskiego za czasów komuny – uważa dr Łastowska. - Środowisko lekarskie miało swoje zasady, wypływające z naszych pięknych zasad i tradycji, które istniały i wciąż istnieją w naszym narodzie. Przez 17 lat między 1950 a 1967 rokiem w ogóle niebyło żadnego kodeksu, a jednocześnie ludzie wiedzieli jak się zachować i jak leczyć pacjentów. Jest jeszcze coś takiego głębszego niż kodyfikacja. Muszą istnieć jeszcze warunki moralne w społeczeństwie, a zwłaszcza wśród lekarzy. Dobrą decyzją było powierzenie tworzenia kodeksu samym lekarzom. To lekarze powinni tworzyć kodeks dla lekarzy.
Dodajmy jeszcze, że o szacunku jakim lekarze darzą kodeks, świadczy również ich szacunek, do jego twórców. Podczas spotkania w Bielsku-Białej doszło do niezwykłej, podniosłej, ale i symbolicznej chwili. Obecni na sali lekarze złożyli przed twórcami pierwszej wersji kodeksu swoje prywatne osobiste książeczki prosząc ich o złożenie na nich podpisu.

 

 

Dr n. med. Klaudiusz Komor

Prezes Okręgowej
Rady Lekarskiej
w Bielsku-Białej

 

 

Czym dla mnie jest Kodeks Etyki Lekarskiej?

    Kodeks Etyki powinien być dla każdego lekarza i dentysty nadzwyczajną wartością – każda ze specjalizacji charakteryzuje się rozległą specyficzną wiedzą medyczną, każdy z nas posiada wielki zasób tej wiedzy ze swojej dziedziny natomiast etyka jest dla nas wszystkich jednakowa. Zawód lekarza, pomimo że niedoceniany społecznie (co wynika z zarobków) jest jednak zawodem szczególnym – jest tak na prawdę powołaniem, jest sposobem na życie jest w tym życiu nie tylko drogą ale i celem. I po to, żeby na tej drodze nie zbłądzić mamy kodeks etyki, który jest dla nas mapą i wskazówkami jak być lekarzem w sposób godny! Pamiętam jako młody lekarz brałem udział w konferencji młodych lekarzy i wtedy ówczesny Prezes NRL Konstanty Radziwiłł przemawiając do zebranych wyjął z kieszeni Kodeks Etyki i powiedział, że się nigdy z nim nie rozstaje – od tego czasu ja również mam przy sobie zawsze tę małą książeczkę, w pewnym sensie jak znak tego, że jestem lekarzem.

Zresztą na obchodach XXV-lecia powstania Kodeksu okazało się, że wiele osób posiada przy sobie Kodeks – była to jedyna okazja aby uzyskać w nim podpisy jego twórców. Jako członek BIL a szczególnie jako Prezes ORL jestem bardzo wdzięczny kolegom i koleżankom, dzięki którym Krajowy Zjazd Lekarzy, który uchwalił Kodeks odbył się w Bielsku-Białej, a szczególnie doktorowi Ryszardowi Batyckiemu i doktorowi Markowi Wietrznemu. Dzięki ich wysiłkowi już zawsze Kodeks Etyki będzie się kojarzył z Bielskiem (niektórzy z zebranych na obchodach mówili nawet, że Kodeks powinien się nazywać Kodeksem z Bielska!). Gorąco namawiam kolegów do korzystania z Kodeksu, pomimo że jest to mała książeczka zawiera odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania dotyczące naszego zawodu i pomaga iść przez życie zgodnie z zasadami, zasadami, które 25 lat temu spisali dla nas w Bielsku nasi koledzy!

WSPOMINAJĄ...
Historyczny czas sprzed 25 lat,
wspominały również osoby związane z organizacją i prowadzeniem zjazdu lekarzy.Dr Jan CiećkiewiczW 1991 roku przewodniczył obradom Nadzwyczajnego II Krajowego Zjazdu Lekarzy.Powinienem zacząć od tego, żeby podziękować organizatorom zjazdu. Mówię to dlatego, że gdyby ta organizacja nie była dobra, to ja bym nie był w stanie tego zjazdu przeprowadzić. To nie ulega wątpliwości. Tutaj jednak całe wsparcie logistyczne było znakomite. Jedną rzecz chciałbym podkreślić. Jadąc na zjazd jechałem jako delegat, nie mając nawet w planie, żeby robić cokolwiek innego poza głosowaniem, czy ewentualnymi uwagami. Dużą niespodzianką było to, że została wysunięta moja kandydatura, jeszcze większa że została przyjęta większością głosów. To nie był łatwy zjazd, dlatego że bardzo szybko okazało się, że jest kilka grup różnych, przeciwstawnych interesów. Oprócz lekarzy popierających uchwalenie nowego kodeksu, była grupa nadzwyczaj przywiązana do „Zbioru Zasad etyczno-deontologicznych Polskiego Lekarza” opracowanych przez Polskie Towarzystwo Lekarskie. Ta grupa uważała, że zasady już są, nie trzeba nowych. Kolejna grupa uważała, że najlepiej, gdyby kodeksu w ogóle nie było. W gruncie rzeczy największą trudnością w prowadzeniu zjazdu było więc w ogóle przeprowadzenie samego porządku obrad, w sytuacji celowego przewlekania różnych spraw. Trzeba było dopilnować, żeby nie doszło do tego, że zjazd obradował, dyskutował, ale w końcu wszyscy się rozjechali, a jakoś się nie uchwaliło niczego. Zaczęły się duże dyskusje, dział dotyczący prokreacji był oczywiście kluczowym punktem najrozmaitszych sporów. Nad zjazdem widniała groźba, przekształcenia go w coś w rodzaju sejmiku szlacheckiego. Były też inne próby – odczytuję to jako wywieranie presji. Wprowadzenie na salę obrad ekipy BBC, która w tym czasie przeprowadzała film o przemianach w Polsce. Udało się to załatwić w ten sposób, że uczestnicy zjazdu zignorowali filmowców, nie przejmując się tym, że będą filmowani. Była też zorganizowana pikieta na ulicy przed wejściem do sali. Też udało się jakoś sprawę załatwić, zadeklarowałem, że uczestnicy zjazdu nie poddadzą się żadnej presji, a pikieta w ciągu dnia się rozeszła.
Po burzliwej dyskusji nad preambułą przystąpiono do głosowania nad całym kodeksem. To wyglądało w ten sposób. Najpierw było głosowanie nad zamknięciem dyskusji. Za wnioskiem było 476 osób, przeciw 38, wstrzymało się 17 osób. Wtedy grupa delegatów opuściła salę obrad, ponieważ właśnie ci, którzy chcieli przewlekać, w tym momencie doszli do wniosku, że ta walka jest już przegrana. Następnie przeprowadziliśmy głosowanie nad całością kodeksu. Za przyjęciem głosowało 449 osób. Przeciwko 75, wstrzymało się od głosu 58 osób. Do uchwalenia kodeksu w całości potrzebna była ilości 368 głosów „za”. Kodeks został w ten sposób przyjęty jako uchwała Krajowego Zjazdu Lekarzy. To, że mamy protokół z tego zjazdu zawdzięczamy wspaniałej, cichej osobie jaką była doktor Janiszewska, która wszystko protokołowała ręcznie, bez nowoczesnych urządzeń. Jednym z największych zaszczytów, jaki mnie w życiu spotkał, jest to, że na oryginalnym protokole jest, poza jej podpisem, mój podpis oraz że na pierwszym oryginalnym tekście kodeksu jest podpis profesora Tadeusza Chruściela i mój.

dr Ryszard BatyckiW 1991 roku był Prezesem Beskidzkiej Izby Lekarskiej, która podjęła się organizacji Nadzwyczajnego II Krajowego Zjazdu Lekarzy.

Wracając pamięcią do tych początkowych lat funkcjonowania samorządu lekarskiego, zastanawiam się, jak to się stało, że w drugim roku kadencji naszej Naczelnej Rady Lekarskiej, to właśnie ta rada przyznała organizację zjazdu nadzwyczajnego Beskidzkiej Izbie Lekarskiej, której wtedy przewodniczyłem. W tym razem z Markiem Wietrznym, byliśmy również członkami Naczelnej Rady Lekarskiej. Myślę, że nie da się porównać z teraźniejszością tamtych czasów. Funkcjonowaliśmy wtedy w życiu samorządowym z większym entuzjazmem niż obecnie. Dziś nie jestem w stanie już powiedzieć, jak to się stało, że tak mała izba - jedna z najmniejszych w kraju dostała zadanie organizacji zjazdu. To był zaszczyt, ale i trudne zadanie. W tamtych latach nie było takich środków łączności, jak dziś: telefonów komórkowych, internetu. Pięćdziesięciu kolegów z izby i cztery panie z biura naszej izby, organizowaliśmy zjazd łącząc to wszystko z naszymi obowiązkami zawodowymi. Wielkie słowa uznania dla kolegi Marka Wietrznego, który bardzo zasłużył się w organizowaniu tych działań. Samorządy lekarskie utrzymywały się wtedy ze składek. Były problemy nawet z uzyskaniem refundacji kosztów pełnienia obowiązków, które przejęliśmy z ministerstwa. To być może też zadecydowało bo tu - na prowincji - z pewnością koszty organizacji były niższe niż w Warszawie.

Miejscem naszego spotkania była hala BBTS. Podkreślmy, w tamtym czasie to była jedyna możliwa lokalizacja. Nasz wysiłek szedł w takim kierunku, aby przyjąć nominalną liczbę delegatów – 1000 osób. Ostatecznie do Bielska przyjechało ponad 800 lekarzy. Bazę noclegową mieliśmy w Szczyrku. Również niewielką ilość miejsc hotelowych zarezerwowaliśmy w Bielsku-Białej. Na tamte lata to było największe zgromadzenie zjazdowe w Bielsku-Białej, skupiające prawie tysiąc osób w jednym miejscu. Obrady poprzedziła msza święta celebrowana w katedrze św. Mikołaja przez arcybiskupa katowickiego Damiana Zimonia. Też pamiętam, że już pierwszego dnia ukazały się w radio i tv informacje, że od rana prowadzimy spór na temat aborcji. Jako organizatorzy odpowiedzialni za sprawny przebieg, większość zjazdu spędziliśmy z Markiem Wietrznym poza salą obrad, wszystkiego doglądając i dopinając na ostatni guzik. Pojawialiśmy się tylko w momentach głosowania. Mówiąc po latach językiem medycznym: ten zjazd był dla mnie próbą wysiłkową badania wydolności narządu krążenia z nienajlepszym skutkiem dla badanego. Po tych 25 latach chciałbym podkreślić ogromne zaangażowanie naszych koleżanek i kolegów z Beskidzkiej Izby Lekarskiej. To właśnie oni odpowiedzieli właściwie na naszą prośbę wyrażoną przez NIL, żeby Bielsku powierzyć organizację tego zjazdu. Została ona zresztą wysoko oceniona przez Naczelną Radę Lekarską i samych uczestników zjazdu, z których opiniami spotykałem się przez wiele lat. Nagrodą dla BIL była decyzja NRL o przekazaniu dochodu z organizacji wystawy sprzętu medycznego, towarzyszącej zjazdowi na rzecz Beskidzkiej Izby Lekarskiej.

Organizatorzy zjazdu

Ówczesna Gazeta Lekarska, chcąc uhonorować organizatorów Nadzwyczajnego II Zjazdu Lekarzy wymieniła imiennie wszystkie osoby zaangażowane w przygotowanie tego ważnego wydarzenia. Przypomnijmy i my raz jeszcze te osoby.
Ryszard Baczyński, Wacław Byrdy, Witold Turaj, Anna Byrczek, Jolanta Dobrzańska, Elżbieta Łuszczak, Jacek Grzbiela, Iwona Klepacka, Alicja Błońska, Krystyna Cieślawska, Barbara Kastelik, Bogumiła Malinowska, Maciej Pająkowski, Helena Pastwa, Dorota Klassek, Jadwiga Grzbiela, Maciej Ziętek, Grażyna Szczelina, Mirosław Kawulok, Janusz Pacułt, Janusz Mogilski, Józef Wróbel, Gabriela Gajer, Dorota Nowacka, Agata Meres, Anna Valenta, Jacek Terech, Andrzej Kubica, Tadeusz Michalski, Ewa Pasternak, Ewa Konieczna, Adam Rajewski, Piotr Trelewicz, Renata Mańko-Juraszek, Elżbieta Gajer, Małgorzata Kufel-Iskra, Halina Lechwar, Ewa Eder, Andrzej Dyszlewski, Dorota Zamarska, Halina Barć, Andrzej Bogaczewski, Tomasz Kawa, Jacek Radda, Ryszard Batycki, Olgierd Kossowski, Aniela Ptak, Marek Wietrzny, Leszek Macura, Andrzej Krawczyk, Jan Franczyk, Marian Kowalik, Jan Hostyński, Ryszard Roztoczyński, Krystyna Hostyńska, Krzysztof Konop.
Osoby nie będące lekarzami: Elżbieta Borth, Helena Leśniak, Anna Jurecka, Krystyna Danel.

 


dr Wanda Terlecka

- My, lekarze, mieliśmy odwagę - bądź co bądź w ustroju, w którym ciągle jeszcze dominowały komunistyczne trendy - upomnieć się o to, co jest w medycynie najważniejsze.

 

Mieliśmy odwagę...
Czy pamięta Pani ten moment w grudniu 1991 roku, kiedy uchwalono Kodeks Etyki Lekarskiej? Było dość burzliwie.
Naturalnie, to był dość przełomowy moment, jeśli momentem można nazwać dwa pełne dni, czy dwie pełne doby. Rozpoczęliśmy pracę właśnie w tym miejscu, z tym, że wtedy wydawało mi się ono większe niż obecnie. Praca trwała przez cały dzień, praktycznie bez większych przerw. Dyskusję prowadził doktor Umiastowski i chwała mu za to że prowadził i za to jak prowadził – z ogromną kulturą i wiedzą tematu i cierpliwie znosząc niewybredne ataki przeciwników.
Poszło oczywiście o prokreację?
Rzeczywiście okazało się, że punktem najbardziej zapalnym, podniecającym część lekarzy do krytyki i ataku, był punkt odnoszący się do ludzkiej prokreacji i do tego, co niby oczywiste – bezwarunkowego szacunku lekarza dla życia ludzkiego. To przecież podstawa naszego zawodu, a tymczasem okazało się, że to właśnie stanowiło próbę do przebrnięcia. Niechlubną rolę odegrała tutaj Zofia Kuratowska, ponieważ zrobiła wszystko - i skutecznie – poprzez swoje kuluarowe działania, aby dyskutując nad problemem prokreacji, jednak wtłoczyć w paragraf 37, mówiący o prokreacji, ten dodatkowy wątek, „że można zabić małego człowieka jeśli poczęcie nastąpiło w efekcie czynu przestępczego, czyli gwałtu”. I to był na pewno jeden, ale bardzo znaczący, słaby punkt uchwalonego kodeksu. Ten wtręt kłócił się z całością podstaw, które przebrzmiewały w całym kodeksie. To zresztą było potem powodem do zwołania zjazdu w 1993 roku. I wtedy zapis ten został już zlikwidowany. W aktualnym brzmieniu kodeksu nie ma już tego wtrętu sprzecznego z zasadami etyki lekarskiej.
Trzeba natomiast powiedzieć, że jednak lekarze, mimo spięć, nie patrzyli na siebie jak wrogowie. Przynajmniej w moim odczuciu. To był bardzo pracowity i gorący dzień, chodziło nie o moje, tylko o to, co powinno być obiektywnie obowiązujące wszystkich lekarzy. Jeśli nie wszyscy, to prawie wszyscy myśleli właśnie w ten sposób. W związku z tym, kiedy uchwalono ostatecznie Kodeks Etyki Lekarskiej, chodziliśmy - przynajmniej my, autorzy, z poczuciem zasłużonego, ciężko wypracowanego zwycięstwa.
Czy na etapie pracy nad kodeksem, również tymi trudnymi zapisami dotyczącymi prokreacji, mieli Państwo świadomość, że poruszacie trudny temat i wkładacie kij w mrowisko?
Oczywiście, z tym że proszę zauważyć w jakim czasie się to działo. Kiedy obowiązywało prawo, które pozwalało zabijać na żądanie. Więc, w takim stanie prawnym my lekarze - nie mówię tylko o komisji etyki, czy zespole redakcyjnym – mieliśmy odwagę - bądź co bądź w ustroju, w którym ciągle jeszcze dominowały komunistyczne trendy - upomnieć się o to, co jest w medycynie najważniejsze.
Jestem za młody, żeby to pamiętać. Ale, czy to nie był właśnie początek tej wielkiej publicznej dyskusji nad tematem aborcji, prokreacji? Jak było w latach osiemdziesiątych? Czy wtedy temat aborcji, prokreacji również był żywym tematem, tak jak dziś?
Po pierwsze w reżimie komunistycznym publicznej dyskusji w ogóle nie było. Było tylko realizowanie narzuconych, obowiązujących zdań, podstaw i wykonywanie ich. Przecież wszystkie szpitale dokonywały aborcji. Gdy zaczynałam pracę, było czymś oczywistym, że każdy szpital, również ten, w którym ja pracowałam, codziennie przeprowadzał dziesięć, bądź kilkanaście sztucznych aborcji, na żądanie.
Klauzula sumienia wtedy wchodziła w grę?
Obiektywnie zawsze wchodzi w grę, bo to jest istota naszego człowieczeństwa. Ale prawo wówczas czegoś takiego nie dopuszczało. Absolutna większość ginekologów, którzy robili specjalizację, musiała wykonywać te zabiegi. Na szczęście nie przymuszano stażystów.
Jak Pani doktor ocenia bieg tego kodeksu już po uchwaleniu. Czy on w obecnym kształcie jest wystarczający na nowe potrzeby i nowe wyzwania?
Kodeks od razu został zaskarżony do Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ jego treści występowały przeciw obowiązującemu prawu. Na szczęście orzeczenie Trybunału w sprawie kodeksu było niezwykle cenne. Natomiast powiedzmy sobie, że pewne zmiany uchwalone w Toruniu w 2003 roku były poszerzeniem kodeksu o aktualne ważne sprawy, takie jak kontakty lekarza z przemysłem medycznym, czy stosunek lekarza do genomu ludzkiego. Co do ewentualnej dalszej zmiany kodeksu, uważam, że jego szkielet, fundamenty winny być nienaruszalne. Bo inaczej zabłądzimy. Natomiast zmiany związane z postępem medycyny powinny być uregulowane, o ile świat lekarski czuje taką potrzebę.


 

dr Stanisław Wencelis

Miałem poczucie, że oto na tej sali rozgrywa się walka dobra ze złem i to w tej jakiejś pierwotnej postaci.

 

 

Walka dobra ze złem...
Czy w tym pięcioosobowym gronie osób pracujących nad pierwotnym kształtem kodeksu był jakiś podział ról?
Był szef, profesor Zbigniew Chłap i to nie ulega wątpliwości. Z kolei doktor Łastowska napisała ten pierwszy ogólny szkielet, a potem pracowaliśmy po kolei nad wszystkim i była to wspólna praca.
Było wiele dokumentów i aktów prawnych, z których Państwo czerpali. Na których z nich wzorowali się Państwo najbardziej?
Myśmy się opierali w dużej mierze na zasadach deontologicznych Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. Tego było sporo. Również na przedwojennym kodeksie polskich lekarzy. Ale ten pierwszy wymieniony zbiór zasad zapewne nie zostałby w ogóle uchwalony, gdyby nie było w nim tak wielu akcentów proustrojowych. Były też kodeksy innych krajów. Mocno przyglądaliśmy się kodeksowi francuskiemu – szczególną sympatię do Francuzów miał profesor Chłap. Natomiast polskie kodeksy mieliśmy chyba wszystkie, począwszy od najdawniejszych. Pewne rzeczy były stałe, nawet właściwie we wszystkich tych aktach i kodeksach. Jednak problemy związane już z tymi czasami, w których przyszło nam pracować, przerabialiśmy samodzielnie. Na przykład takie rzeczy, jak prawo pacjenta do informacji i współdecydowania o przebiegu leczenia, nie były rozwijane we wcześniejszych kodeksach, czy źródłach. To jest nasza wartość dodana. Prawa pacjenta w postaci obowiązków lekarza myśmy wprowadzili po raz pierwszy w Polsce.
Czy pracując nad kodeksem mieli Państwo świadomość, że nie unikną nieprzyjemności, kontrowersji, burzy i ataków medialnych? Poruszacie trudne tematy, wkładacie kij w mrowisko.
Tak się złożyło że w naszym zespole roboczym dobrali się ludzie, którzy nie mieli ochoty się z tym liczyć. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że po tylu latach zniewolenia moralnego i indoktrynacji, przyjęcie pewnych rzeczy będzie trudne. Jednak mieliśmy przekonanie, że są wartości, od których odejść po prostu nie wolno.

Czy to nie jest tak, że w momencie, kiedy pojawiła się wolność, pojawił się też problem? Nagle sumienia lekarzy zostały uwolnione. Pojawiło się pytanie, jak postępować?
Zawsze jest problem, co robić z wolnością. To nie tylko lekarze tak mają, ale całe społeczeństwo.
Ale w tym momencie już prawo nie zmusza lekarzy do takiego czy innego postępowania. Trzeba wybrać samemu.
Żeby sumienie się odezwało skutecznie, musi być należycie uformowane. Człowiek musi wyjść z jakiegoś środowiska, zostać odpowiednio wychowany. Wtedy sumienie ma moc i zdolność do kierowania naszym postępowaniem. Inaczej, mówiąc żartem, nasze sumienie pozostanie „w bardzo dobrym stanie, bo nieużywane”.

Co najlepiej zapamiętał Pan z tego zjazdu?
Niesamowitą, naelektryzowaną atmosferę. Miałem poczucie, że oto na tej sali rozgrywa się walka dobra ze złem i to w tej jakiejś pierwotnej postaci. Tak mi się to utrwaliło. Potem zapamiętałem jak biedny Jerzy (Umiastowski – przyp. red.) został przez nas wydelegowany do tego, żeby prowadził dyskusję nad kodeksem. Wspieraliśmy go tam, ale główną robotę on robił. To było bardzo wyczerpujące. W pewnym momencie, ok. godz. 21, po 12 godzinach, Jerzy mi padł na ręce. Zemdlał. Ja dokończyłem to potem. A pamiętam, że myśmy fizycznie już nie dawali rady.

A kondycja była ważna, bo część oponentów celowo przedłużała i rozwlekała dyskusje, żeby z braku czasu w końcu nie doszło do głosowania nad kodeksem.
Bardzo! Wykorzystywane były wszystkie okazje do przewlekania dyskusji. Inna rzecz, że sala też potrafiła się wnerwić i zatupać, albo zawyć.
Czy dziś, po latach, widzi Pan konieczność wprowadzania jakichś zmian do kodeksu. Może czegoś w nim brakuje?
Myślę, że bardzo ładnie to scharakteryzował dzisiaj profesor Krajewski. Wszystko zależy od pewnej psychiki społeczności, w której ten kodeks działa. Dla nas dużym problemem było stworzenie kodeksu w taki sposób, aby z jednej strony funkcjonował na pewnym stopniu ogólności, a z drugiej, żeby zawierał konkrety. Szczegóły zawiera prawo, natomiast zasady etyczne są zasadami ogólnymi. Wypominali nam to początkowo i rzecznicy, i prawnicy, że część pojęć zawartych w kodeksie jest niedefiniowalna, że zasady są zbyt ogólnie sformułowane. Myśmy natomiast byli przekonani, że sędziowie sądów lekarskich będą wiedzieli jak to zastosować i rzeczywiście. Lekarze wiedzieli co jest czym.

 


dr Maria Łastowska
- Stworzyliśmy zbiór zasad, które uważaliśmy za słuszne i dobre. Kwestia, jak to się ma do obowiązującego prawa była rzeczą drugorzędną – podkreśla dr Maria Łastowska.

 

 

Podstawy nie mogą się zmienić
Wspominała Pani podczas spotkania, że samo głosowanie nad kodeksem było formą wyrazu poglądów, jakie reprezentowało w tym czasie środowisko lekarskie. Głosowanie pokazało więc, że większość lekarskiej społeczności istotnie podziela stanowisko zawarte w tych zapisach. Czy Państwo mieli tego świadomość już na etapie prac nad kodeksem? Nie było takiego zastanowienia, albo niepewności: uchwalą, czy nie uchwalą?
Oczywiście nie mieliśmy świadomości, jak potoczy się samo głosowanie. Wiedzieliśmy natomiast, że wielu lekarzy ma takie same odczucia dotyczące potrzeby stworzenia tego kodeksu. W ich odczuciu podstawy, na których ten kodeks winien był być tworzony, były bardzo podobne do tych, które my uznawaliśmy. Kierowaliśmy się więc własnymi przekonaniami, zakładając, że to, co robimy będzie także popierane przez innych lekarzy. Dyskusja o tym jak się ma etyka do prawa, zrodziła się później, już po przyjęciu kodeksu. My stworzyliśmy zbiór zasad, które uważaliśmy za słuszne i dobre. Kwestia tego, jak się to ma do prawa, była rzeczą drugorzędną.

Tym bardziej, że mieli Państwo świadomość, że obowiązujące prawo jest złe i że zapewne wkrótce ulegnie zmianie…
Tak, bo w tym czasie obowiązywała ustawa z 1956 roku, wszyscy wiemy jakie to było prawo. Z tego wyniknęły później konsekwencje w postaci zgłoszenia naszego kodeksu do Trybunału Konstytucyjnego, ale się okazało, że nasz sposób myślenia był słuszny i poszło po naszej myśli.
Pamięta Pani moment uchwalenia kodeksu? Atmosferę, jaka wtedy panowała na sali?
O tak, atmosfera była napięta, dlatego że pojawiła się grupa lekarzy, która zaczęła już z zasady – znając nasz projekt – atakować. I była o wiele większa grupa, która zaczęła nas bronić. To wszystko wzmagało emocje. Ale ponieważ obie strony były mocno przekonane do swoich racji, w końcu decyzja należała do większości. Żyjemy w demokratycznym kraju, większość decyduje.
Czy dziś z perspektywy czasu widzi Pani konieczność wprowadzenia zmian w kodeksie?
Jeśli chodzi o podstawy, to nie. Natomiast jeśli chodzi o rozszerzenie jego zasad to tak. Jednak czasy się zmieniają. Myśmy na przykład w tamtym czasie w ogóle nie przewidywali takich problemów, jak relacje lekarza z przemysłem. Już został ten rozdział dodany. Zmienia się sprawa badań naukowych. O tym trzeba pomyśleć, dlatego, że postęp w badaniach naukowych nie zawsze oznacza postęp w badaniach z punktu widzenia etycznego. Te rzeczy trzeba już dziś umieć przewidzieć i odpowiednio się do nich ustosunkować.

Stawia się jeszcze takie kwestie, jak dłuższy wiek życia pacjentów…

Tym się zajmie teraz osobna komisja. Przyjrzy się temu, co myśmy zrobili w 1991 roku, co było nowelizowane w 2003 roku, a teraz powinno być może jeszcze uzupełnione, albo rozszerzone. Ale tak jak mówię, podstawy, które wyznaczył tamten pierwszy kodeks nie mogą się zmienić, dlatego, że to są podstawy uniwersalne.

Formułując kodeks, konsultowali go Państwo w Okręgowych Radach Lekarskich. Z poszczególnych komisji przychodziły wnioski, podobno było ich ok. 600. Rozumiem, że wzięte pod uwagę zostały wszystkie. Natomiast ile z nich zostało uwzględnionych w ostatecznym kształcie kodeksu? Da się to w ogóle policzyć?

Tu w zasadzie podanie liczby niewiele daje, bo przecież jedne wnioski mówiły, że ma być tak, a drugie że nie. Choćby z tego względu trudno więc było przychylić się do wszystkich. Dlatego też zasady kodeksu etyki na zjeździe były dwojako traktowane. Była część artykułów – chyba większość, co do której nie było zastrzeżeń. Te artykuły zostały przyjęte tzw. optyczną większością. Tam gdzie były zastrzeżenia, komisja do spraw wniosków przygotowywała warianty i te warianty były dyskutowane i głosowane.

Czy poza formalnymi wnioskami, które spływały do komisji doświadczali Państwo jakichś form nacisku. Ktoś wywierał presję, próbował jakoś wpłynąć na Państwa postawy?

Przed uchwaleniem kodeksu nie. Myśmy pracowali w ramach spotkań roboczych. Etap zainteresowania kodeksem rozpoczął się wraz z pojawieniem projektu. Natomiast to myśmy wysyłali nasze projekty do wielu organizacji, towarzystw lekarskich okręgowych izb lekarskich, do etyków, prawników i to myśmy ich prosili o konsultacje. Oni spokojnie przesyłali nam swoje własne opinie, które potem braliśmy pod uwagę.


Będziemy proponować, nie rozstrzygać
Na temat zadań, z jakimi przyjdzie się mierzyć zespołowi roboczemu rozmawiamy z doktorem Andrzejem Krawczykiem.Na jakie pytania w pierwszej kolejności musi odpowiedzieć Zespół Roboczy ds. nowelizacji KEL?
Takich pytań jest kilka. Z pewnością po konsultacjach z grupą ekspertów i zebraniu wszystkich wniosków i propozycji środowiska lekarskiego w pierwszej kolejności będziemy musieli sobie odpowiedzieć na zasadnicze kwestie: Czy obecne zasady kodeksu wymagają w ogóle nowelizacji? Jak go zmieniać? Czy kodeks ma być zredukowany do kilku artykułów, ogólnych zasad z tych siedemdziesięciu, które obecnie mamy, czy też należy go zostawić w obecnym kształcie, poszerzając jedynie poszczególne artykuły kodeksu o bardziej szczegółowe podpunkty. Czy może wreszcie w dalszym ciągu posługiwać się kodeksem, który mamy, a szukać pewnych komentarzy do poszczególnych punktów dając wytyczne współczesne. Z pewnością przyjdzie nam się również zastanowić nad tym, czy zmienić tekst przyrzeczenia lekarskiego.
W którym kierunku Pana zdaniem pójdzie zespół?
Tendencja ogólna jest taka, żeby nie zmieniać kodeksu w całości, ewentualnie zastanowić się nad przeróbkami poszczególnych zapisów, które powinny sprostać nowym wyzwaniom współczesności.Niemniej jednak współczesność, rozwój medycyny, niosą wyzwania, którym kodeks musi sprostać.Pytanie czy to właśnie kodeks stoi przed tymi wyzwaniami, czy też prawo. Pamiętajmy, kodeks to nie jest zbiór przepisów, tylko zbiór zasad etycznych. Etyka góruje nad prawem stanowionym, a rolą samorządu lekarskiego jest czuwanie, by nie doszło do zachwiania tej relacji. W artykule 5 kodeksu jest zapis, że izba lekarska jest zobowiązana do czuwania nad przestrzeganiem zasad etyki i deontologii lekarskiej oraz zachowaniem godności zawodu przez wszystkich członków samorządu lekarskiego, a także do starań, aby przepisy prawa nie naruszały zasad etyki lekarskiej. Czyli kiedy posłowie starają się narzucić nowe prawo, my musimy czuwać i sygnalizować, kiedy to jest sprzeczne z etyką lekarską.A które kwestie prawnoetyczne związane z zawodem lekarza, Pana zdaniem wymagają dookreślenia?
Na pewno dookreślenia wymaga wiele spraw dotyczących tajemnicy lekarskiej. Myślę również, że sporo jest jeszcze do zrobienia w kwestii współpracy lekarzy z przemysłem farmaceutycznym. Myślę natomiast, że nie będziemy zmieniać części dotyczącej prokreacji.
To czym przyjdzie nam się zająć zależy jednak od tego, co zostanie przedstawione przez grupę ekspertów i jakie uwagi wniesie środowisko lekarskie. Naszym zadaniem jest pozbierać i scalić te uwagi, uwzględniając opinie ekspertów i zaproponować zmiany do przyjęcia. Zaproponować, a nie rozstrzygać arbitralnie. Bo jesteśmy tylko grupą roboczą.
Jak w najbliższym czasie przebiegać będą prace zespołu?
Zwróciliśmy się już do ekspertów i czekamy na ich propozycje. Zapewne po odrzuceniu tych skrajnych zastanowimy się nad całością i przedstawimy propozycje na najbliższym Krajowym Zjeździe Lekarzy. Najbliższy zjazd będzie miał charakter sprawozdawczo-wyborczy, trudno więc powiedzieć, czy będzie jeszcze możliwość, aby się tym zająć. Zapewne zostanie to powierzone kolejnemu zjazdowi, w połowie przyszłej kadencji.Czyli za dwa i pół roku. Tylko proszę nie mówić „aż za dwa i pół roku”. Pamiętajmy, że ten kodeks funkcjonuje już od 25 lat i sprawdził się w tym kształcie. Funkcjonuje nadal i funkcjonował będzie w przyszłości. Nie chcę natomiast sugerować, że się nic nie zmieni, ale myślę, że nie będzie to rewolucyjna zmiana.
Czy lekarze mają wpływ na pracę komisji?
Oczywiście, że tak. Każda izba lekarska ma swoją komisję etyki, te komisje są zaangażowane w prace nad kodeksem. Przewodniczący komisji są informowani o pracach, ci zaś są zobowiązani zasięgać opinii środowiska.
KEL: czy i jak zmieniać?
Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. – Kodeks im starszy, tym lepszy – żartował w Bielsku-Białej dr Stanisław Wencelis. Istotnie jednak siłą kodeksu jest również jego stałość i długoletnia tradycja. Środowisko lekarskie generalnie jest zgodne co do tego, że kodeks, mimo iż uchwalony ćwierć wieku temu, funkcjonuje dobrze i nadal skutecznie wspiera lekarzy w podejmowaniu decyzji związanych z ich lekarską działalnością. Z drugiej strony medycyna wraz ze swoim szybkim rozwojem, stawia przed lekarzem nowe wyzwania, sytuuje lekarza w nowej sytuacji i zmusza do podejmowania trudnych wyborów – również tych etycznych.
Naprzeciw takim wyzwaniom, jak kontakty lekarza z przemysłem farmaceutycznym, długość życia i kwestia opieki terminalnej oraz badania i eksperymenty kliniczne, wychodziły nowelizacje zapisów kodeksu podejmowane w roku 1993 i 2003. O tym, że również na forum Naczelnej Rady Lekarskiej toczą się dyskusje nad zasadnością i sposobami ewentualnej dalszej nowelizacji kodeksu informował podczas grudniowego spotkania w Bielsku-Białej Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Maciej Hamankiewicz. Czy zatem nadszedł czas na kolejne zmiany? Odpowiedź przyniosą efekty prac Zespołu Roboczego ds. Kodeksu Etyki Lekarskiej powołanego uchwałą Naczelnej Rady Lekarskiej. Wolę powołania tej grupy wyraził ostatni Krajowy Zjazd Lekarzy. Jednocześnie Komisja Etyczna przy NRL, podkreśliła jednak, że kodeks spełnia w tej chwili swoją funkcję i nie wymaga zmian pilnych. To zaś oznacza, że grupa nie musi pracować w pośpiechu.
Skład tej grupy przedstawił prezes NRL zaznaczając przy tym: - Zespół roboczy powołany przez Naczelną Radę Lekarską, jest odpowiedzialny za ewentualne zredagowanie zmian, które mogłyby zostać zaproponowane do wprowadzenia, albo sprawozdanie, że takiej potrzeby w ogóle nie ma. Wspaniale, że w ogóle dyskutujemy nad kodeksem etyki lekarskiej. Fala dyskusji przetoczyła się od października do dnia dzisiejszego – dodał. W skład grupy weszli: Włodzimierz Gajewski, Gabriela Muś, prof. Ewa Tuszkiewicz-Misztal, prof. Andrzej Wojnar oraz pochodzący z naszej izby, Andrzej Krawczyk.
Zespół korzysta również ze wsparcia gremium ekspertów, do których należą: Stefan Bednarz, prof. Zbigniew Chłap, Marek Czarkowski, Tomasz Gorczyński, prof. Dorota Karkowska, prof. Michał Królikowski, Andrzej Kunkel, prof. Paweł Łuków, Krzysztof Marchewka, Fabian Obzejta, Jolanta Orłowska-Heitzman, Brygida Piotrowska-Wróbel, Artur Płachta, prof. Jacek Sobczak oraz Marek Stachowicz.

 


 


Medialne perypetie kodeksu

Uchwalenie kodeksu etyki lekarskiej z pewnością nie miało dobrej prasy. Obok burzy, jaka toczyła się w hali sportowej bielskiego Włókniarza, druga szalała w mediach. Dziennikarze i publicyści zarzucali lekarzom pośpiech, brak dostatecznych konsultacji, samozwańcze narzucanie zasad moralnych. Podobnie, jak na sali, w mediach największe protesty budziły artykuły dotyczące prokreacji. Przy okazji sporo można było się dowiedzieć na temat rzetelności ówczesnych mediów. Jedni informowali i komentowali przyjęcie kodeksu, nie sprawdziwszy nawet, że wydarzenie to nie miało jeszcze miejsca, inni zaś przytaczali wyniki głosowania, z których wynika, że kodeks uchwalono minimalną większością głosów. Dziennikarze nie mogli również doliczyć, ilu tak naprawdę delegatów demonstracyjnie opuściło salę w momencie głosowania nad kodeksem.

 

Prorocze Wiadomości
Zaczęło się od telewizyjnych Wiadomości, które z rozpędu poinformowały społeczeństwo o uchwaleniu kodeksu, jeszcze zanim w ogóle to nastąpiło. – Zjazd był dwudniowy i pierwotnie kodeks miał być uchwalany pierwszego dnia zjazdu – wspomina dr Stanisław Wencelis. - Ponieważ ówczesny Minister Zdrowia, dr Sidorowicz nie mógł pozostać z nami w drugim dniu, odwróciliśmy porządek obrad. Sprawami organizacyjnymi zajęliśmy się najpierw , a kodeks zostawiliśmy na jutro. Pod koniec pierwszego dnia, wychodzimy z hali, spoglądamy na wiszący w korytarzu telewizor, sygnał dziennika, a prezenter oznajmia: „dziś w Bielsku-Białej Drugi Nadzwyczajny Zjazd Lekarzy uchwalił Kodeks Etyki Lekarskiej, który budził tyle kontrowersji”. Chwilę później sonda uliczna w której przechodnie wypowiadali się na temat wprowadzonego właśnie zakazu aborcji. Podobne informacje z rozpędu podano również w radio.

 

Liberalnie i restrykcyjnie zarazem
„Nieetyczne początki kodeksu etycznego” – brzmi oskarżająco tytuł w Gazecie Wyborczej z 16 grudnia 1991 roku. Już we wstępie Beata Pawlak zauważa, że kodeks przyjęto „pokątnie”. Poszło o to, że na forum zjazdu nie odczytano apelu lekarzy warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii, w którym domagali się przełożenia głosowania na inną okazję i zorganizowania szerszych konsultacji wokół projektu. Zdaniem autorki uchwaleniu kodeksu towarzyszyło poczucie porażki. Poszło o artykuły dotyczące aborcji, które miały być zbyt liberalne i zbyt restrykcyjne zarazem. Poczucie porażki mieli zaś żywić zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy aborcji. „Pierwsi – ponieważ wbrew projektowi kodeksu etycznego przyzwolono na przerywanie ciąży nie tylko w przypadku zagrożenia życia, ale i zdrowia kobiety. Drudzy – ponieważ nie zezwolono na aborcję z przyczyn społecznych”. Zdaniem autorki wątpliwości wzbudzał również fakt, że „przyjęty kodeks etyczny, jest sprzeczny z istniejącym prawem – kodeks nie dopuszcza do aborcji w wypadkach, w których prawo na nie zezwala. – Można zatem postąpić zgodnie z obowiązującym prawem i jednocześnie dopuścić się wykroczenia?”. „Sejm jeszcze nie zdecydował, jak brzmieć będzie ustawa o aborcji. Lekarze obawiają się, że na stanowisku posłów zaciąży przyjęty właśnie kodeks etyczny. Ale, być może, efekt będzie odwrotny. – Być może uchwalenie kodeksu wywoła dyskusję, to wtedy może Sejm będzie podejmować swoją decyzję z większą uwagą” – konstatuje Beata Pawlak.

 

Co powie rzecznik?
Również tygodnik Polityka podkreślał, niezgodność kodeksu z obowiązującym prawem. Przy okazji w kilku słowach zgrabnie podsumowuje przebieg obrad nad kodeksem: „drastyczne spiętrzenie emocji wokół rozdziału zatytułowanego „Prokreacja”, kilka poprawek i przyjęcie dokumentu stosunkiem głosów 354:317”. Tymczasem w rzeczywistości kodeks przyjęto stosunkiem 449 głosów za, 75 przeciw i 58 wstrzymujących. „Rozdział >>Prokreacja<< jest sprzeczny z obowiązującym prawem, z czego wynika, że lekarz, posłuszny kodeksowi, będzie łamał prawo publicznie, a ten który uzna prymat prawa publicznego , złamie obowiązujący go kodeks zawodowy, narażając się na sankcje... Profesor prawa, Leszek Kubicki, nazwał sytuację stworzoną przez bielski zjazd >>publicznym nawoływaniem do nieposłuszeństwa prawu<<”. I dalej: „Członkowie NRL (np. dr Jerzy Umiastowski) twierdzą, że musi istnieć supremacja etyki nad prawem – i już”. „Poczekajmy na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich!” – kończy z wykrzyknikiem swój artykuł Ewa Nowakowska.

 

Dura lex, sed lex
Nad sprzecznością prawa i zasad etycznych, jaka zaistniała w momencie uchwalenia kodeksu rozwodził się również Marek Krupa w swoim komentarzu w Rzeczpospolitej, zatytułowanym „Etyka i prawo”. „Problemy ochrony życia są materią tak delikatną, że nie można się dziwić zaognionej dyskusji zwolenników i przeciwników aborcji. Trzeba jednak zawsze pamiętać o obowiązującym nas wszystkich prawie. Źle jest, gdy problem etyczny i prawo stają sobie naprzeciwko. Stwarza to zawsze rozdźwięk moralny…” Dalej czytamy „…Prawna maksyma „dura lex, sed lex” oznacza jedno – szacunek dla obowiązującego prawa, choć może ono mocno uwierać. Jeśli prawo jest złe, należy je zmieniać, a nie lekceważyć. Istota demokracji zaś w tym, że prawa stanowi parlament, a społeczeństwo ich przestrzega”.

 

Wiejskie pyskówki
Z kolei Stanisław Bubin w Dzienniku Zachodnim w artykule z 16 grudnia tak opisuje atmosferę zjazdu: „Pierwszy dzień minął na sprawach proceduralnych. Mówiono też o trudnej sytuacji finansowej i kłopotach w szpitalnictwie. Zgoła inny charakter miała sobota. Obrady rozpoczęły się o godz. 8.00 i trwały do godz. 1.00 w nocy następnego dnia. Gorącą atmosferę, przypominającą momentami wiejskie pyskówki, spowodował autorski projekt kodeksu etyki lekarskiej , przygotowany przez Komisję Etyki Naczelnej Rady Lekarskiej… (…)Ostatecznie po zażartej i kontrowersyjnie prowadzonej dyskusji, trwających dobrych kilka godzin zwyciężyła opcja r o z s z e r z a j ą c a uprawnienia lekarzy do przerywania ciąży w sytuacji, gdy grozi ona życiu lub zdrowiu matki, lub jest wynikiem przestępstwa… W chwili głosowania ponad 100 osób wyszło z sali na znak protestu”.

 

 

Tupiąc i klaszcząc…
„Sala nie pozwoliła (tupiąc i klaszcząc) na odczytanie listu prof. Zofii Kuratowskiej , która - według zapewnień prowadzącego dyskusję Jerzego Umiastowskiego – wypowiedziała się za „liberalizacją prawa do aborcji” – pisze Agata Nowakowska w artykule „Lekarze zakazują aborcji” (Gazeta Wyborcza). Również ona zwróciła uwagę na to, że część delegatów wyszła z sali tuż przed głosowaniem. Tyle, że jej liczba znacznie różni się od tej, którą podał Stanisław Bubin z Dziennika Zachodniego. – „Przed głosowaniem nad całością kodeksu około 40 delegatów opuściło salę, protestując w ten sposób przeciwko sposobowi prowadzenia obrad”.

 

 

Źródła:
Ewa Nowakowska, „Temat zastępczy?”, Tygodnik Polityka, nr 1, 1992 r.
Beata Pawlak, „Nieetyczne początki kodeksu etycznego”, Gazeta Wyborcza, nr 294, 1991 r.
Stanisław Bubin, „Burza wśród lekarzy”, Dziennik Zachodni, nr 242, 1991 r.
Agata Nowakowska, „Lekarze zakazują aborcji”, Gazeta Wyborcza nr 292, 1991 r.
Marek Krupa, „Etyka a prawo”, Rzeczpospolita nr 293, 1991 r.

 

Zapisz się

Zapisz się do naszego newslettera, by otrzymywać aktualności na swoją skrzynkę pocztową

Please wait...

Dziękujemy

X
Zygmunta Krasińskiego 28
Bielsko Biała
Śląskie
43-300
Poland